Z podwieczorkiem zawsze mam największy problem. O ile moja kreatywność dotycząca śniadań, obiadów i kolacji mnie zadowala, tak z podwieczorkiem mam problem. No bo ileż można jeść budyń, kisiel, ciasto, czy sałatki owocowe? Na uwadze mam również moją młodszą pociechę, która jeszcze nie wszystko je.
Spędzając deszczowe popołudnie w kuchni, cudownie mnie olśniło. Deser błyskawiczny i baardzo zdrowy.





Potrzebujemy:
- 3 łyżki ugotowanej kaszy jaglanej
- 3 łyżki jogurtu naturalnego
- 5 łyżek musu jagodowego (zblendowanać i przeciśnąć przez sito rozmrożone jagody)
- 1 łyżeczka syropu z agawy, melasy lub po prostu cukru


Ugotowaną kaszę blendujemy i łączymy z jogurtem, musem z jagód oraz syropem. Wszystkie składniki dokładnie mieszamy.


A nie mówiłam? Nie licząc tych 15 minut gotowania kaszy, deser jest ekspresowy w przygotowaniu. ☺
Moje dzieci, jak już kiedyś pisałam, różnią się wszystkim. Nawet tym, że M. lubi kwaskowate smaki, za to nie lubi nowości - tu mnie zaskoczył. Chętnie skosztował i mu smakowało.
H. nie lubi kwaśnych smaków, także musiałam jej trochę dosłodzić ;-). No i Ona zje wszystko, nawet to co się rusza ;-)


Smacznego dla Waszych pociech ☺
Najszybsze ciasteczka jakie dotąd piekłam i do tego bardzo dobre. Tym razem pieczemy z racji nadchodzących świąt. Dziecię moje nie może się doczekać zajączka, także kreatywnie wypełniamy czas☺
Ciasteczka są nie tylko w kształcie zajączka czy kurczaczka, ale przede wszystkim w kształcie spychacza i samolotu ;-) 


Potrzebujemy:

- 180 g zimnego masła
- 150 g cukru pudru
- 350 g mąki pszennej
- 1 jajko
- 1 żółtko
- szczypta soli


Wszystkie składniki umieszczamy w dużej misce i szybko zagniatamy. Kiedy już uformujemy z ciasta kulę, zawijamy ją do folii spożywczej i dajemy do lodówki na ok. 30 minut.
W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 180°.
Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki i dzielimy na 3 części. Jedną część wałkujemy na grubość ok. 3 mm, pozostałe dwie wkładamy jeszcze do lodówki.
Wykrawamy ciasteczka o dowolnym kształcie i umieszczamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Ciasteczka pieczemy ok. 10 - 12 minut.

Smacznego ☺


Przepis pochodzi z bloga mojewypieki.

Idealnych placków z kaszy jaglanej szukam od dłuższego czasu, no i zgodnie z powiedzeniem szukajcie a znajdziecie, właśnie znalazłam☺
Są idealne, co ważne przypadły do gustu nie tylko mnie, ale także dzieciom.
Placuszki są szybkie w przygotowaniu, mają delikatny smak i cudownie komponują się z sosem z jagód.
Samo zdrowie :-)



Potrzebujemy:
- 250 g ugotowanej kaszy jaglanej
- 2 jajka
- 1 łyżeczka cukru wanilinowego
- 100 ml mleka
- 100 g mąki pszennej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- szczypta soli


Ugotowaną kaszę wsypujemy do miski razem z cukrem, żółtkami oraz mlekiem i blendujemy na gładką masę. Następnie dodajemy przesianą mąkę wraz z proszkiem do pieczenia.
W drugiej misce białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywno. Ubite białka dodajemy po trochu do ciasta i mieszamy szpatułką.

Placki pieczemy na rozgrzanej patelni z odrobiną oliwy.


Sos:
- 200 g mrożonych lub świeżych jagód
- 150 ml jogurtu (dałam pół na pół jogurt grecki i zwykły, dzięki temu spod nie był bardzo lejący)
- 1 łyżka syropu z agawy lub cukru trzcinowego


Jagody miksujemy i przecieramy przez sito, dzięki temu sos będzie bardzo aksamitny. Łączymy z jogurtem i syropem.
Podawać z ciepłymi placuszkami.
Smacznego ☺




Przepis jest lekko zmodyfikowany i pochodzi z bloga cookbakewithme.

Kochani, dzisiaj w roli głównej kurczak. Żebyście nie myśleli, że moje dzieci jadają tylko ciasta i desery ;-). Ja mam po prostu lekkiego bzika na punkcie pieczenia. Ale....


...Po czym poznać, że człowiek się starzeje?
Kiedy dochodzi do wniosku, że zrobienie kurczaka w całości nie jest takie obrzydliwe, jak się kiedyś wydawało ;-)
Ze mną jest już źle, nie widzę w tym nic strasznego, choć jeszcze nie tak dawno zarzekałam się, że NIGDY w życiu się tego nie tknę.
Nigdy nie mów nigdy!


Zatem, kiedy emocjonalnie dojrzałam do tego, aby kupić kurczaka w całości, okazało się, że w przygotowaniu jest szybszy, niż najszybsze kotlety. A do tego M. zajada się nim niemożliwie! Tak więc kurczę te jest częstym gościem na naszych talerzach.


Potrzebujemy:
- kurczak w całości ok. 800 g
- 2 połówki jabłka
- 1/2 cytryny
- sól, pieprz cytrynowy, przyprawa do kurczaka po Staropolsku


Kurczaka najlepiej przygotować sobie dzień wcześniej. Mięso dokładnie myjemy w środku i na zewnątrz. Umieszczamy je w misce i sypiemy przyprawą, pieprzem i solą. Polewamy oliwą i zostawiamy w lodówce na całą noc.


Piekarnik nagrzewamy na 180°.
Jabłka przekrajmy na pół i wydrążamy środek. Skórkę z cytryny myjemy i polewamy gorącą wodą.
Do środka kurczaka wkładamy 2 połówki jabłka i pół cytryny.
Tak przygotowane mięso wkładamy do rękawa do pieczenia i polewamy oliwą. Boki rękawa mocno wiążemy i wkładamy do nagrzanego piekarnika na 2 godziny. Na 30 minut przed końcem pieczenia przecinamy rękaw od góry i mięso polewamy sosem, który jest w rękawie. Kurczaka polewamy co 5 - 7 minut.
Jeżeli skórka będzie chrupiącą, a mięso na udkach będzie 'odchodziło' od kości oznacza to gotowość kurczaka do zjedzenia :-)
mięso doskonale komponuje się z upieczonymi jabłkami.


Smacznego ☺




Będąc ostatnio z moją młodszą pociechą w przychodni, zagadnęła mnie Mama chłopczyka, na pierwszy rzut oka pięciolatka. Generalnie nie wdaję się w takie dyskusje, ale Mama nie odpuszczała i co raz zaczynała rozmowę. No i tak od słowa do słowa, doszłyśmy do tematu inwestowania w dziecko. Szczerze, byłam już psychicznie lekko wykończona, na szczęści pani doktor nas zawołała, o chwało!


Czego to ja się nie dowiedziałam w niecałe 5 minut!
Bo z dzieckiem najlepiej siedzieć w domu, wychodne tylko z mężem, dziecko do dziadków.
Do restauracji? W życiu! Przecież same zachcianki, a i tak tego nie zje, w dodatku marudzi.
Do zoo? Do kina? Na teatrzyk? Do figloraju? Pójdzie do szkoły, będzie jeździł i do zoo i do kina i na inne takie.
Książeczki, puzzle? Po co, przecież tyle ciekawych bajek leci! Poza tym, lepiej, żeby był domatorem, ktoś musi się mną na starość zająć, a nie jeździć po świecie.
Ehh, tu już wymiękłam. Byłam raczej biernym słuchaczem. Z takimi mamami się nie dyskutuje. Przekonane są o swoich racjach na Amen i nie interesuje ich zdanie nikogo innego.


Ta 'rozmowa' dała mi sporo do myślenia. No bo po co mi dzieci? Czego od nich oczekuję? Po co w nie tyle pieniędzy człowiek ładuje?
Odpowiadając sobie na te pytania, stwierdzam, że na pewno nie oczekuję od dzieci, że porzucą swoje marzenia i ambicje, żeby siedzieć ze starą Matką w domu.
Jasne, myśląc przyszłościowo, chciałabym, ażeby moje dzieci o mnie pamiętały, odwiedzały i przede wszystkim kochały.


Odnośnie inwestowania w dzieci. Oczywiście, że robię sobie 'wychodne' z mężem i zawozimy dzieci do dziadków, niech dziadkowie się nacieszą wnukami ;-). Każde inne wyjście, jest jednak wyjściem w komplecie. Zabieramy dzieci do restauracji czy kawiarni, no bo niby dlaczego nie? To, że dziecko ma zachcianki i nie potrafi przyjąć odmowy czyją jest winą?
Ja jestem zdania, że dziecko od małego powinno jeździć, zwiedzać, kosztować, oglądać. Żeby było głodne nowych doświadczeń, przygód. Żeby chciało poznawać nowe miejsca i ludzi.
Cały czas myślimy, gdzie jeszcze można jechać, co pokazać. Tak! Inwestujemy w dzieci. No i tu rodzi się kolejna kwestia, którą również ta Mama poruszyła. Po co? Po to żeby wyjechali i na stare lata zostawili rodziców samych?
Ja nigdy nie myślałam o swoich dzieciach jako o przyszłych niewolnikach i opiekunach. Nie tego od nich oczekuję. Jedyne czego bym sobie życzyła na starość to, żeby traktowali mnie z szacunkiem i miłością, ale przede wszystkim żeby byli szczęśliwi. Wtedy ja będę szczęśliwa.
Z resztą, co to za myślenie? Czy jeżeli nie zainwestuję w dzieci, to mam gwarancję tego, że one będą przy moimi boku zawsze? Wątpliwe, bo może być i tak, że zapewniając dziecku absolutne minimum, możemy sobie zrobić 'ała'. Dziecko całe życie obserwując rówieśników, będzie się z nimi porównywać, kiedy w końcu dorośnie, może zacząć chcieć żyć pełną piersią. Co wtedy? Ano wtedy zostaniemy sami.
Tak na prawdę nie mamy wpływu na to, żeby dziecko mieć przy swoim boku na zawsze. Jest ono wolnym człowiekiem, który ma prawo do własnych decyzji, marzeń i ambicji.
Która Mama, kochająca prawdziwą, szczerą i bezwarunkową miłością nie chce dać dziecku gwiazdki z nieba? Pokazać najpiękniejsze miejsca na ziemi. Niezależnie od tego czy to ulubiony zakątek w lesie, kwiatki na łące czy wschody i zachody słońca. Przecież to od nas zależy na kogo wychowamy nasze największe Skarby! Czy na istoty pełne miłości do świata i innych ludzi, czy też zamkniętych na świat egoistów, którzy będą siedzieć z nami w fotelu do us..... śmierci?


Z własnego doświadczenia Wam powiem, że z rodzicami dużo jeździłam, ale nie wyobrażam sobie wyjechać z rodzinnego miasta. Kiedyś, dyskutując z mężem o wyjeździe za granicę, stwierdziłam, że nie mogę mieszkać od rodziców dalej niż 3 km. Bo w razie, gdybym została bez auta, muszę mieć możliwość dojścia na piechotę. Taka już jestem. Natomiast moje rodzeństwo jest z tych, którzy marzą o mieszkaniu w wielkim mieście, dodam, że mamy tych samych rodziców, tak samo w nas inwestowali, zabierali w te same miejsca. Powtórzę się - kwestia charakteru.


Chciałabym, żeby moje dzieci były obeznane, wiedziały gdzie jak się zachować. Chciałabym, żeby mieli co wspominać, żeby mieli marzenia. Chciałbym dla nich takiego dzieciństwa jakie ja miałam, albo i lepszego. Oczywiście, nie ma co też na siłę dziecka ciągnąć, jeżeli nie ma ochoty, ale zaszczepiajmy w nich miłość do podróży, do przygód, do ludzi!

Co Wy sądzicie o takim spojrzeniu na dziecko?




Photo by Pinteres


Obsługiwane przez usługę Blogger.