Jak przeżyć i nie zwariować - podróż samochodem

/
1 Komentarze
Kochamy podróże, mamy je zaszczepione od dziecka. Ze swoimi rodzicami dużo podróżowałam, mąż również od dziecka sporo zwiedzał. Obecnie jako odrębna już rodzina, staramy się w miarę możliwości czasowych wyruszać kiedy tylko możemy. Podróżujemy na razie wyłącznie samochodem.



Powodów jest kilka:
◆ z dzieckiem wygodniej autem,
◆ lubimy zatrzymywać się spontanicznie w różnych miejscach i zobaczyć co nie co,
◆ kiedy dziecko ma już dosyć, po prostu zatrzymujemy się, nie jesteśmy od nikogo uzależnieni,
◆ możemy zabrać spooorooo rzeczy,
◆ lubię spędzać czas w aucie, mąż musi mnie słuchać, nigdzie mi nie ucieknie (jestem straszliwą gadułą ;-))


Na prawdę dużo jeździliśmy jeszcze we dwoje, natomiast kiedy pojawił się M. postanowiliśmy nie rezygnować z Naszej pasji i na pierwsze wspólne wakacje wybraliśmy Chorwację. Na wakacje letnie jeździmy we wrześniu. Plusów wrześniowych podróży z małym dzieckiem jest co niemiara.
Przede wszystkim ludzi jest dużo mniej, nie ma upierdliwej młodzieży szkolnej no i nadal jest ciepło!


Odnośnie tego, gdzie się kwaterujemy, żeby było komfortowo, nie trzeba było się gnieździć w jednym pokoju i żeby było tanio zrobię osobny post.


W każdym razie zanim dotrzemy na miejsce i będziemy się rozkoszować cudowną pogodą, pysznym jedzeniem oraz wspaniałymi widokami trzeba przeżyć podróż. Dla wielu to koszmar - rozumiem ten ból.
Jak to wygląda u nas?
Przede wszystkim na dalekie podróże wyruszamy ok. 19:30 czyli w porze, kiedy nasze dzieciaczki idą spać.
Gorzej jest, kiedy zapowiada się podróż kilku godzinna w dzień. No, to już bywa różnie, bo dużo można się rozpisywać na temat cudownych sposobów ogarnięcia sytuacji w 'puszce', ale prawda jest taka, że kiedy dziecko ma focha i nie chce współpracować to Amen, jesteśmy skończeni. Drugi wariant, który nam się ostatnio przytrafił to ząbkowanie. H. ciężko je znosi i w aucie mieliśmy mały sajgon, ale jakoś udało się załagodzić sytuację żelem na ząbkowanie w ilości duuużej ;-). Jednak optymistycznie zakładając, że dzieci nie ząbkują, są zdrowe, nie mają choroby lokomocyjnej no i chcą współpracować jest wspaniale! Tylko co zrobić, żeby po godzinie nużącej jazdy nie usłyszeć 'mamo już?', tudzież w wersji nie mówiącej głośne 'łeeeeeeee' ?

Ja zawsze mam pod ręką:
◇ małe przekąski: chrupki (polecam jaglane, gryczane - do kupienia w sklepie ze zdrową żywnością), petitki zwierzaczki (bawimy się ze starszym Bratem w zgadywanie co to za zwierzę i naśladujemy odgłosy tych zwierząt), obowiązkowo coś do picia,
◇ książki, nie tylko takie do czytania, bo dziecko i tak nie jest w stanie długo słuchać, ale przede wszystkim takie do oglądania,
◇ podkładkę sztywną, kolorowankę i kredki,
◇ płyty CD - polecam zestaw składający się z trzech książek i płyt - super opracowanie,
◇ ulubione, najbliższe sercu dziecka zabawki,
◇ głowę pełną pomysłów ;-) wymyślamy na bieżąco jakieś zabawy, np. zgadywanki (co to jest?), opowiadamy jakąś historię, ważne żeby to była wspólna zabawa.



Jednak mimo wszystko najważniejsze jest pozytywne nastawienie wszystkich podróżujących! Nie wprowadzajmy nerwowej atmosfery tuż przed wyjazdem, dziecko czuje negatywne emocje. Podróż ma nas jednoczyć, nie dzielić.
Nie zawsze jest różowo, ale może warto próbować zaszczepić w dziecku chęć zwiedzania i podróżowania?
Ja też mam kilka mrocznych historii w swoim dorobku, jedna z nich tak na zakończenie.


Kiedy wracaliśmy z Chorwacji M. miał 7 miesięcy. Wszystko miałam wyliczone co do minuty, mały miał stałe pory wstawania na kaszkę. Byłam przygotowana (tak jak w drodze na wakacje) miałam w termosie gorącą wodę, jednak nie przewidziałam tego, że tamtejsza woda po dłuższym odstaniu zamienia się dosłownie w drobinki kamienia, masakra jakaś. Po drodze stanęliśmy w korku (był wypadek), a M. akurat z zegarkiem w ręku obudził się na kaszkę. Byłam tak zdesperowana, że myślałam, że wysiądę i pobiegnę gdzieś po wodę. Ta woda wyglądała tak obrzydliwie, że ja bym się nie napiła, a co dopiero dać dziecku. Nooo, wtedy dowiedzieliśmy się, jak donośny jest głos naszego wczasowicza na tak małej przestrzeni. W akcie desperacji dałam mu soczek, który miałam w drugiej butelce, udało się sytuację załagodzić na godzinę, na szczęście do tego czasu dojechaliśmy do najbliższej stacji po wodę.
Do dzisiaj nie ogarniam, dlaczego nie przegotowałam i nie wlałam do termosa wody mineralnej...






Możesz także polubić

1 komentarz:

  1. Dzieci jeszcze nie mam, ale również wole podróżować samochodem :-) Tak jak jest tutaj napisane: można zabrać wiele rzeczy i nie jest się od nikogo zależnym. Kiedy mam na to ochotę robię sobie przerwę i tyle :-)

    Blog o podróżach również prowadzę :-)
    Polecam i zapraszam do siebie: http://bonifacywpodrozy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.